Do trzech razy sztuka – jak przeszedłem Drogę na MAXa

Wersję audio tego tekstu znajdziesz w aplikacji Droga Odważnych


Uczestniczyłem tylko w jednej Drodze na MAXa, choć przez ostatnie lata rejestrowałem się na każdą edycję! Niestety, przed samym wydarzeniem zmieniała się sytuacja zdrowotna w domu lub obowiązki służbowe nie pozwalały mi się wybrać. Udało mi się wziąć w niej udział w 2021r.

 

Czytaj także: Warto żyć ekstremalnie – czyli rzecz o Ekstremalnej Drodze Krzyżowej


Daj się poprowadzić


Przypisany zostałem do grupy, w której mieliśmy do przejścia około 35 km. Dokładna długość trasy nie została podana, gdyż mieliśmy dać się poprowadzić... i w sumie wyszło około 42 km marszu. Do tej pory, najdłuższa trasa, jaką pokonałem pieszo, wynosiła 27 km. Było to podczas Ekstremalnej Drogi Krzyżowej kilka lat wcześniej. Nie miałem doświadczenia w pielgrzymowaniu.


Nasza grupa składała się z pięciu braci. Znałem jedynie prowadzącego nas lidera, ale nawet jego niezbyt dobrze. Czekała mnie zatem droga z obcymi mi ludźmi.


W drogę na MAXa!


Ruszyliśmy po błogosławieństwie i modlitwie poprowadzonej przez księdza z parafii pw. Matki Bożej Królowej Aniołów na warszawskim Bemowie. Naszym celem był klasztor franciszkanów w Niepokalanowie.


Po drodze mieliśmy czas na zapoznanie się i wymianę doświadczeń. Dzieliliśmy się, jak łączymy życie duchowe z pracą, jak radzimy sobie w trudnych sytuacjach, jak wyglądają relacje z rodziną i braćmi oraz jakie formy modlitwy są nam bliskie. Każdy z nas miał swoje 5 minut na opowiedzenie swojej historii. Po dzieleniu był czas na medytację i spotkanie ze słowem Bożym i wsłuchanie się w to, co mówi do nas Bóg Ojciec. W środku nocy odmawialiśmy różaniec i spontaniczne modlitwy wstawiennicze. Kiedy przychodził kryzys, wpieraliśmy się i pomagaliśmy sobie nawzajem oddając to, co mieliśmy w ekwipunku.


Czytaj także: Rozwojowy triathlon: trzy dyscypliny i trzy razy piętnaście – oto droga mistrzów


Krew, pot i łzy


Droga na MAXa okazała się ognistą męką na ostatnich 5 km. Byłem przemęczony i obolały. Mięśnie miałem przykurczone i z wielkim trudem stawiałem każdy krok. W głowie pojawiały się obciążające myśli i wątpliwości, czy dotrę do celu. Ciągła chęć zatrzymania i odpuszczenia nie pomagały w trwaniu na drodze. W moich oczach pojawiły się łzy bezradności.

Moim największym wyzwaniem okazała się jednak modlitwa uwielbienia, którą zaproponowano na ostatnim odcinku drogi.


Rozpocząłem ją od dziękczynienia, a następnie zacząłem uwielbiać. Mówiłem na głos, spontanicznie. Po kilku minutach przyszła mi do głowy myśl, że ten ból niesie ze sobą siłę i czuję jego intensywne działanie. Skoro to taka moc, to mogę ją wykorzystać!


Biegowy finisz Drogi na MAXa


Modląc się dalej, poczułem przypływ energii i to, że ból trochę odpuścił. Zacząłem śpiewać i przyspieszyłem krok do powolnego truchtu. Ta zmiana okazała się zbawienna. Ostatnie kilometry już przebiegłem: nie mogłem chodzić, lecz biec już tak! Energię czerpałem też od braci. Gdy już dotarłem na miejsce, popłynęły łzy radości, że dzięki łasce Pana i sile modlitwy wytrwałem na drodze i szedłem pomimo zniechęcenia i bezsilności.


Kiedy uczestniczyłem w Eucharystii, która kończyła Drogę na MAXa, czułem radość i byłem bardzo wdzięczny za wysiłek, który mnie spotkał i braci, którzy byli ze mną na drodze.


Czytaj także: Dzięki niepełnosprawnym zrozumiałem istotę męstwa


Moje skarby Drogi na MAXa


O Drogę na MAXa musiałem walczyć. Dosłownie. Za każdym razem. Zapisany byłem na trzy edycje. Sytuacje w domu, choroby i opieka nad dziećmi były jednak ważniejsze. Za trzecim razem otrzymałem błogosławieństwo, aby móc w niej uczestniczyć. Na szczęście sprawdziło się powiedzenie: “do trzech razy sztuka…”


Droga na MAXa nauczyła mnie otwartości na innych mężczyzn i szczerości. W dzieleniu się naszymi historiami nie było tam oceniania i pouczania. Każdy słuchał i modlił się za drugiego brata. Poznałem swój charakter i serce, z jakim podchodzę do wysiłku, modlitwy i drugiego człowieka. Poznałem się bliżej z Bogiem Ojcem, doświadczyłem Jego prawdziwej troski o mnie i innych. Zrozumiałem lepiej braterską miłość i doświadczyłem płynącej z niej pomocy.

Owocem Drogi na MAXa są także siła i motywacja w chwilach słabości lub lenistwa do ćwiczeń i podejmowania wyzwań z rozwoju fizycznego.


To była niesamowita przygoda, którą polecam każdemu! Sam możesz ją przeżyć w tym roku. Wyruszamy 4 czerwca – dołącz do nas!


299 wyświetleń0 komentarzy

Powiązane posty

Zobacz wszystkie

Chcę otrzymywać newsletter!

Dziękujemy za przesłanie!