Droga ważniejsza niż cel, walka ważniejsza niż zwycięstwo

Zaktualizowano: 8 mar

Wersję audio tego tekstu znajdziesz w aplikacji Droga Odważnych

Na zdjęciu: Autor tekstu tuż po zagraniu kończącym finał Mistrzostw Polski juniorów 2020.
Na zdjęciu: Autor tekstu tuż po zagraniu kończącym finał Mistrzostw Polski juniorów 2020. Fot. PZPŚ

Gdyby któryś z trenerów, pracujących w PlusLidze czy Ekstraklasie użył tytułowego sformułowania na konferencji prasowej po kilku przegranych meczach albo ostatnim miejscu w turnieju, to prezesi klubu łącznie z kibicami w nieparlamentarnych słowach podziękowaliby mu za współpracę. Czy takie słowa to faktycznie tylko utopia?

 

Liczy się proces

Dzisiaj świat promuje kult zwycięzcy, indywidualizm, bycie „number one”. Drugi jest pierwszym przegranym. Tymczasem o klasie trenera czy zespołu wcale nie świadczy liczba medali i tytułów na koncie. Trener Daniel Castellani, który zdobył z reprezentacją Polski Mistrzostwo Europy w Turcji w 2009 r. oraz liczne Mistrzostwa Polski ze Skrą Bełchatów, mówił: „Zobacz drużynę na początku sezonu, oceń jej potencjał i zobacz jej braki. Później przyjrzyj się tej samej drużynie na końcu sezonu i oceń ile się zmieniło”. Jego zdaniem to jedyna słuszna i miarodajna ocena wielkości trenera i zespołu.


Może być tak, że drużyna poprawi swój potencjał o około 30% w porównaniu z początkiem sezonu, a wystarczy to „tylko” na 5. miejsce. I odwrotnie: drużyna, mająca świetnych zawodników i indywidualności, pogorszy swoją grę o około dziesięć procent i mimo to może osiągnąć mistrzostwo, a rolą trenera jest tylko „nie przeszkadzać” zawodnikom.


Czytaj także: Selekcja zawodników – “Nie chce najlepszych, ale właściwych”


Skoncentruj się na drodze i postawie zwycięzcy

Sukcesu nie osiąga się z dnia na dzień. Sukces wymaga czasu i zaangażowania. Budowanie relacji i więzi, wartości i postaw, jest fundamentem każdej mistrzowskiej drużyny. Wtedy wygrywanie stanie się wypadkową wyżej wymienionych komponentów. Koncentracja na “podróży” otwiera szansę na stworzenie niewiarygodnie trwałego sukcesu.


Cztery lata temu, gdy odchodziłem z AZS-u Politechniki Warszawskiej, grającej w PlusLidze, do juniorskiej drużyny MOS-u Wola, chciałem być niczym wielki trener, złoty medalista olimpijski, śp. Hubert Jerzy Wagner, i naśladując wielkiego mistrza, mówiłem wszem i wobec: „Interesuje mnie tylko złoto”. Tę retorykę przejęła również moja drużyna. Przecież w Politechnice pracowałem z mistrzem świata Pawłem Zagumnym i wspaniałą młodzieżą, która w 2018 r. sięgnęła po Mistrzostwo Świata – Arturem Szalpukiem i Olkiem Śliwką, więc „wiedziałem” jak się robi mistrzostwa.


Medale już były na szyi

Niestety, gdy z juniorską drużyną MOS-u w 2017 r. w dobrym stylu dotarliśmy do wielkiego finału Mistrzostw Polski zabrakło nam przysłowiowej kropki nad „i”. Prowadziliśmy z Jastrzębskim Węglem 2:1 w setach i mieliśmy przewagę punktową w secie czwartym. Już wieszaliśmy sobie złote medale na szyjach i to nas zgubiło. Od tamtego czasu sporo się nauczyłem – m.in. o tym, że herb na koszulce jest ważniejszy niż nazwisko na plecach. Rok temu zajęliśmy z drużyną MOS-u czwarte miejsce w mistrzostwach Polski – teoretycznie najgorsze dla sportowca – a ja jak nigdy byłem dumny z chłopaków. Walczyli jak gladiatorzy o każdą piłkę i dawali radość naszym kibicom.


Czytaj także: Maratony są dla ludzi. Uwierzyłem, gdy sam spróbowałem


Nowa droga

Zrozumiałem, że aby zwiększyć swoje szanse na zwycięstwo, muszę skupić się na rozwijaniu wśród swoich zawodników postawy mistrzów. Ten pomysł zaczęliśmy wdrażać z obecną drużyną od wakacyjnych obozów. Chłopcy mieli do przeczytania książkę Jona Gordona „Autobus energii”, dającą lekcje motywacji oraz mówiącą o rozwoju mentalnym drużyny. Przerabialiśmy po trzy rozdziały w ciągu dnia. Dzięki codziennym spotkaniom, zawodnicy pod moim nadzorem sami stworzyli nasz kodeks oraz cele na sezon (szczegółowe i mistrzowskie). Uczyli się odpowiedzialności za siebie i grupę, wierności oraz posłuszeństwa.


W zbudowaniu mistrzowskiej drużyny pomogło nam wykorzystanie czasu pandemii jako szansy rozwoju. Nasza idea „Kompanii Braci” okazała się strzałem w dziesiątkę. Łącząc się on-line na webinarach, indywidualnych rozmowach czy wyzwaniach fizycznych, kultywowaliśmy braterstwo, wytrwałość, etykę pracy oraz walkę z własnymi słabościami. Chłopcy dali się prowadzić. Nikt nie pozostawał sam, ale wzajemnie się wspieraliśmy. Dzięki temu, gdy doszło do naszych Mistrzostw Polski, okazaliśmy się bezkonkurencyjni. Wygraliśmy w półfinale oraz w finale dwa tie-breaki na przewagi: z ubiegłorocznym Mistrzem Polski Treflem Gdańsk i głównym faworytem do złota Jastrzębskim Węglem.


Niewyczerpany potencjał

Po meczu półfinałowym nasz zawodnik mówił w wywiadzie, że dzięki pracy w czasie kwarantanny są gotowi w finale zagrać nawet siedem setów. Jak wiemy, wygraliśmy go w dramatycznych okolicznościach w pięciu. A wygrana w finałowym tie-breaku, gdy przegrywa się 4-9 świadczy o niesamowitej sile i wierze zespołu. Nie mieliśmy gwarancji, że „Kompania Braci” zwiększy nasze szanse na zwycięstwo. Nawet się nad tym nie zastanawialiśmy, po prostu chcieliśmy się doskonalić i grać swoją najlepszą siatkówkę. W ten sposób zwiększaliśmy szanse na zwycięstwo.


Stworzenie spójnego zespołu jest jedną z ważniejszych rzeczy, jakie może zrobić trener. Nie mogę traktować graczy jako narzędzia do wygrywania, ale chcę dawać im narzędzia, które będą kształtowały ich życiowe kręgosłupy. Właśnie w tym tkwi istota sportu – w kształtowaniu mistrzowskich postaw. Wychowując mistrzów, wychowujesz ludzi, którzy potem będą zmieniać świat na lepsze.



 



Jeśli chcesz rozwijać się fizycznie, osobowo i duchowo zapraszamy, być skorzystał z aplikacji Droga Odważnych.



24 wyświetlenia0 komentarzy

Powiązane posty

Zobacz wszystkie

Chcę otrzymywać newsletter!

Dziękujemy za przesłanie!