Rzecz krótka o zwalczaniu religii i duchowieństwa w Polsce w latach drugiej wojny światowej

Wersję audio tego tekstu znajdziesz w aplikacji Droga Odważnych

Obóz koncentracyjny

Gdyby wszystkie światła dla Polski zgasły, to wtedy zawsze jeszcze była Święta z Częstochowy i Kościół […]. Katolicyzm nie jest bowiem w tym kraju żadnym wyznaniem, lecz koniecznością życiową”.


Ta znana i nierzadko przytaczana myśl – prawdziwie złota a pochodząca ze źródła mocno nieoczywistego, bo z zapisków faszystowskiego gubernatora na Wawelu – sama z siebie identyfikuje wroga numer 1 wszystkich, którzy zamierzają się na polskość.

 

Czytaj także: Maksymilian Kolbe pokazał co oznacza miłość do końca


Religia najeźdźców


Ojcowie nazizmu niemieckiego upodobali sobie w mitologii germańskich pogan, z której wywodzili mesjańską misję swojej Rzeszy wraz z licencją na opanowanie świata. „Nie po drodze” było im z chrześcijaństwem, jako naturalnym konkurentem. Pamiętajmy jednak, że hitlerowski despotyzm był u źródła produktem legalnego procesu ludowładczego, gdzie należało się liczyć z własnym wyborcą, a ten w większości był katolicki lub protestancki. Sporo wysiłku pochłonęły wielorakie projekty obliczone na „odkłamanie” wizerunku Chrystusa – z jego niejudejskim pochodzeniem i nauczaniem – zafałszowanego od wieków przez żywioły anty-aryjskie. Za fasadą tych działań czaiła się jednak wrogość z całą zbrodniczą metodyką tamtego reżimu.


Czerwona ideologia wschodnia tymczasem – już bez zbędnej galanterii i pozorów – ogniem na wprost zmiatała z ziemi wszelkie przejawy religijnego „opium dla ludu”.


Dekapitacja narodu


Każdy najeźdźca realizujący program podboju, zniewolenia czy wręcz eksterminacji narodu zmierza do pokonania armii, potem paraliżu władzy oraz wyeliminowania wszelkich sił jakiegokolwiek oporu. Stąd wypływało zgodne działanie obu okupantów 39. roku, zmierzające do zniszczenia polskiego korpusu oficerskiego armii oraz służb, wyższych kadr rodzimej władzy i administracji, a także „rządu dusz”, czyli elity, przywódców, społeczników, ludzi kultury, nauki, inteligencji i oświaty. Od pierwszych dni wojny, każda z tych grup była programowo prześladowana, osłabiana i wyniszczana. Nie ominęło to także polskiego duchowieństwa, które w chwili wybuchu wojny liczyło zgrubnie 10 tysięcy księży w 21 diecezjach i kolejnych 6 tysięcy w 42 zakonach trudząc się wokół wartości integrujących i pokrzepiających dusze oddane Bogu oraz Rzeczypospolitej.


Czytaj także: Dlaczego praca nie jest rzeczą ważną


Warunki polskie


Metody destrukcji zróżnicowane były zależnie od okupanta, statusu administracyjnego terenów, lokalnej polityki rządców, a nawet ich osobistego poziomu kulturowo-cywilizacyjnego. Istniały przypadki krajów okupowanych, gdzie kler przetrwał wojnę bez uszczerbku. Polscy duchowni nie mieli jednak luksusu podobnie łaskawego traktowania. Nie dość, że byli kapłanami wrogiej religii, to jeszcze służyli niepokornemu a opornemu względem germanizmu i bolszewizmu żywiołowi – zawalidrodze w realizacji drapieżnych celów obu sąsiadów.


Od pierwszych chwil wojny podlegali więc doraźnym egzekucjom, więzieniu i przesłuchaniom z użyciem tortur, wysyłce do obozów zagłady, pobiciom, wysiedleniom, konfiskacie majątku, pozbawianiu urzędów, pensji, prawa sprawowania kultu czy nawet posiadania ksiąg i sakramentaliów. W tym wszystkim towarzyszyli solidarnie i do końca możności swoim wiernym, choć wielu mogło starać się ratować.


Niektórzy próbowali ujmować się za krzywdzonymi wiernymi, co jeszcze pogarszało ich położenie. Bywali ponad normę okrutnie a brutalnie lżeni i poniżani słowem i czynem, gnani do najgorszych robót a na noc zamykani w chlewach; ustawicznie namawiani do porzucenia stanu, profanacji rzeczy świętych, postponowania swojej religii. Nieliczni, którzy zachowali się w miejscu posługi, podlegali ścisłej inwigilacji pod kątem używania języka polskiego w nabożeństwie i konformizmu głoszenia. Zniszczono, splądrowano, zamknięto lub pozbawiono funkcji sakralnych wiele polskich świątyń i klasztorów, wysadzano pomniki, usuwano nawet ludowe świątki i krzyże przydrożne.


Czytaj także: "Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty". Podpisuję się!


Miejsca i ludzie


Metą na drodze kaźni 2,5 tysiąca duchownych i osób konsekrowanych z 24 krajów był lager w Dachau – wyspecjalizowany kombinat ich eksterminacji. Z samej tylko Polski – 1800 ludzi, z których połowa poniosła śmierć. Byli tam gazowani, zamęczani pracą nad siły i nieludzkimi warunkami życia lub padali ofiarą pseudomedycznych eksperymentów.


29. kwietnia – to data wyzwolenia KL Dachau – obchodzony jest Dzień Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego. Inicjatorem tego wydarzenia jest bp Ignacy Jeż – cudownie ocalały więzień tego obozu. Każde z pozostałych miejsc wojennego męczeństwa także posiada własną listę pomordowanych duchownych. Gdzie bowiem ginął Polak – ginął też i jego ksiądz.


W wojennym martyrologium polskim, obejmującym sumarycznie ok. 2800 osób poświęconych Bogu – za globalnie heroicznym św. z Auschwitz o. Maksymilianem Kolbe – znajdziemy 108 błogosławionych. Kolejnych 122 – oczekuje obecnie na beatyfikację. Inni, szerzej nieznani, trwają w pamięci swoich dawnych owczarni. Ci, którzy przeżyli – wśród nich ks. Franciszek Blachnicki, współwięzień o. Kolbego – złożyli liczne świadectwa Bożej Opatrzności i stworzyli z wdzięczności wiele dzieł ufundowanych na wartościach, jakie wraz z ich osobami usiłował zabić oprawca czasu wojny. Tych dwóch wielkich ludzi patronuje Drodze na MAXa, nocnej wyprawie pielgrzymkowej z Ożarowa do Niepokalanowa.

Cytowany na wstępie – wierny, przystojny i błyskotliwie inteligentny pretorianin Hitlera – Hans Frank, docenił te wartości wraz z ich kustoszem również takim zdaniem:


„Kościół jest dla umysłów polskich centralnym punktem zbornym, który promieniuje stale w milczeniu i spełnia przez to funkcję jakby wiecznego światła”.


45 wyświetleń0 komentarzy

Powiązane posty

Zobacz wszystkie

Chcę otrzymywać newsletter!

Dziękujemy za przesłanie!